środa, 4 lipca 2012

Aru(2)


Ostatnie dwa dni były całkowicie zajęte przez przygotowania Daniego do wyjazdu. We wtorek byliśmy zaproszeni na kolację do sióstr, która przebiegła bardzo zgrabnie i wszyscy byli zachwyceni moim ciastem bananowym. Co prawda prawie by go nie było, bo lało przez cały dzień i nie mogliśmy się wydostać z domu, żeby kupić banany. Ale w końcu po południu przejaśniło się na tyle, że Dani pojechał z Mary odebrać swoją koszulę od zezowatego krawca(którą jest zachwycony i mówi, że to najlepsza jaką tutaj mu uszyli) i przy okazji kupili mi banany. W środę udało się z pogodą- było ciepło i słonecznie. Pojechaliśmy kupić lekarstwa, które Dani zabrał ze sobą do Włoch tak na wszelki wypadek. Potem pojechaliśmy na open market, żeby kupić parę rzeczy, które Dani chciał zabrać jako prezenty dla swojej rodziny. Wieczorem przygotowaliśmy pożegnalną kolację z pizzą i ciastem czekoladowym w roli głównej, na którą byli zaproszeni wszyscy nasi tutejsi znajomi. Ja w międzyczasie wreszcie poszłam do Maman Aroio i zobaczyłam ją i inne dziewczyny ciężko pracujące nad torbami. Efekt jest naprawdę fajny, szczególnie ta feeria kolorów, wygląda to zadziwiająco. 


poniedziałek, 2 lipca 2012

Aru(1)


Mój pierwszy dzień z zaplanowanego tygodnia w Aru nie zaczął się obiecująco: rzez całą noc, aż do 11 lało na całego i całe życie było zatrzymane. Postanowiłam zostać w Aru, żeby nie przegapić ostatnich trzech dni Daniego w Kongo, pojechać na zakupy w Arua  dla niedożywionych dzieci i przywitać s.Joy, która wraca z Filipin w najbliższą sobotę. Zapowiada się więc pełen wrażeń tydzień. Ale jeśli będzie lało tak jak dzisiaj, to nie wiem czy będę się nim cieszyć: bez słońca tutaj jest koszmarnie! No, ale nie poddałam się pogodzie i zabrałam się za wypełnianie dnia. Najpierw wreszcie porządnie posprzątam swój pokój, bo wracanie tylko na weekendy nie mobilizuje mnie do zachowania go w należytej czystości. Cieszę się luksusem czystej pościeli,  bo odkąd nasza pralka nie działa pranie pościeli ręcznie jakoś mnie nie pociąga:) Ale Dani mi obiecał, że porozmawia z s.Carmelą, żebyśmy mogli wyprać chociaż pościel w zakonie. Deszcz się przedłużał, maman Maria nie przychodziła, więc trzeba się było zabrać za przygotowywanie obiadu. Namówiłam Daniego, żeby rozpalił piec w kuchni, z której korzysta maman Maria, żebyśmy oszczędzili trochę gazu- bo oprócz obiadu musieliśmy ugotować mięso dla psów i podgrzać wodę do mycia naczyń i wieczornego prysznica. Tym razem nie zajęło mu to dwóch godzin  i około 13:30 cieszyliśmy się ze spaghetti z bazylią, a Fiona i Rambo wreszcie byli najedzeni. Potem Dani chciał pojechać na open market by oddać swoją pagne, którą dostał od sióstr w Ariwara do krawca, żeby mu uszył koszulę. Okazało się też, że nie mamy prawie żadnych warzyw i ryby, więc pojechaliśmy razem zrobić zakupy. Nie mogliśmy znaleźć krawca, więc zapytaliśmy w jednym sklepie czy kogoś znają. Jeden z mężczyzn tam stojących powiedział, że może nas do jednego zaprowadzić. Jakie było moje zdumienie, gdy rozpoznałam w nim męża maman Therese- to ta pielęgniarka, na której ślubie byłam. Jej mąż był bardzo zadowolony, że go pamiętam. Krawiec okazał się bardzo sympatyczny, co prawda ma zeza rozbieżnego, ale mąż maman Therese mówi, że często korzystają z jego usług i jest bardzo dobry. Jego „pracownia” to nawet nie chata- tylko półotwarta przestrzeń z dachem- pracuje sobie na świeżym powietrzu:) Potem dokończyliśmy zakupy i wróciliśmy do domu. Z racji tego, że mieliśmy rozpalony piec Dani, wiedziałam, zaproponował, żebyśmy zrobili chleb. Ale tym razem to ja wszystko robiłam, pod czujną kontrolą Daniego, żeby dokładnie się nauczyć go przygotowywać, zanim Dani wyjedzie. Nie mieliśmy też żadnego pomysłu na kolację, więc zaproponowałam, żeby użyć tego ciasta jako spodu do pizzy- sprawdziło się idealnie, wieczorem raczyliśmy się prawdziwie włoską kolacją. Ostatnie też dni spędzamy na stronie internetowej włoskiej firmy Bialetti, która jest najsłynniejszą firmą produkującą moki do kawy. Wszyscy są nią zafascynowani, nawet Włosi, strona jest bardzo wciągająca:) Jest tam ich mnóstwo rodzajów, ale koniec końców zdecydowałam się na najbardziej klasyczny model, produkowany chyba od 1950 roku. Nie mogę się doczekać!!

niedziela, 1 lipca 2012

4:0


Dzisiejszy dzień zaczął się od tego, że Mary z radością odkryła, że mamy początek miesiąca i to dobra data, żeby poświętować. Większość z nas przyjechała tutaj koło pierwszego, więc mamy okrągły miesiąc za sobą: mi stuknął siódmy, aż nie mogę w to uwierzyć! Tak że zaraz po śniadaniu zabraliśmy się za wedlowską czekoladę. Potem, po poranku z książką, zostaliśmy miło zaskoczeni zaproszeniem sióstr na obiad. Był to miły zbieg okoliczności, bo dzisiaj była kiepska pogoda i nikt jakoś nie miał zbyt wiele zapału do gotowania- aura jest zimna i senna. Obiad był absolutnie przepyszny, bo gotowała s.Carmela: mięso rozpływało się w ustach, była zielona gotowana fasolka w strączkach i sałata- warzywa strasznie swojskie, które jadłam tutaj po raz pierwszy. A to wszystko za sprawą rewelacyjnie utrzymanego u sióstr ogrodu. Potem wypiliśmy kawę i wróciliśmy na naszym rozklekotanym motorze do domu tuż przed wielką ulewą. Wieczorem natomiast przygotowywaliśmy razem z Ester imprezę z okazji jej urodzin, która wyszła pysznie i bardzo przyjemnie. No i na koniec Bolingo powiedział, że musi uciekać, bo idzie oglądać finał Euro. Wpadłam więc na pomysł, żeby do niego dołączyć, bo pomyślałam sobie, że oglądanie finału Euro, w którym grają Włosi z Włochami w Afryce to musi być niezapomniane przeżycie. Dopiero  potem pomyślałam, że może bycie jedyną białą dziewczyną w towarzystwie podpitych Murzynów w jakimś podejrzanym barze nie jest największą frajdą. Ale Bolingo powiedział, że to nie bar, tylko sala z telewizorem i  trzeba zapłacić za wstęp(a więc byle kto się nie przypląta, tylko Ci, którzy naprawdę chcą obejrzeć mecz). Zaryzykowałam więc, a potem jeszcze szybko udało mi się namówić Mary, więc poszłyśmy zupełnie na luzie. Okazało się, że nie było tak źle. „Sala” okazała się dość pokaźnym domem z dachem krytym słomą, w środku były poustawiane drewniane ławki i telewizor(z płaskim ekranem, a co!) w środku- bardzo dobrze widoczny. Tak że wszystko wyglądało zachęcająco, do czasu wyniku- tak mi było żal chłopaków, bo Włosi zaliczyli totalną porażkę, ale chyba nie są wielkimi fanami, bo nie wyglądali na za bardzo niepocieszonych:) 

sobota, 30 czerwca 2012

Ariwara- siódmy tydzień znowu sama


W poniedziałek rano pojechaliśmy z Danim do szpitala kupić dla niego chininę: jego test na malarię po przeleczeniu się Coartemem jest nadal pozytywny, a że Dani za dwa tygodnie wyjeżdża to zdecydował się na niezawodną chininę. Bardzo jestem ciekawa jak to zniesie, bo słyszałam o wielu działaniach niepożądanych chininy: bóle głowy, znaczne osłabienie, wymioty, dzwonienie w uszach(podobno bardzo częste i bardzo nieprzyjemne). Udało mi się też znaleźć w bibliotece w miarę dobrą książkę dla Christiny do nauki angielskiego- umówiłyśmy się, że zaczniemy w nadchodzącym tygodniu. Nie jest idealna, bo ja potrzebuję książki dla dzieci, gdzie zaczyna się angielski od podstaw. Ale Christina jest zdumiewająco dobrym uczniem, nawet z książką sobie poradziłyśmy. Miałyśmy dwie lekcje w czwartek i piątek, dużo zrobiłyśmy, bo teraz nie będzie mnie przez tydzień w Ariwara i chcę, żeby miała dużo rzeczy, których będzie mogła się uczyć sama: odmiana czasownika „być” i „mieć”, trochę słownictwa, podstawowe zasady gramatyczne. Na piątkową lekcję przyszła Suzana, ale nie dała rady, wyszła po 20 minutach, chyba nie za bardzo ją to interesowało. W szpitalu mieliśmy w tym tygodniu kawał dobrej pracy, nie było może bardzo dużo dzieciaków, ale dużo się działo. Zaczęło się od totalnej katastrofy jak przyjechałam, nic nie działało: dzieciaki od dwóch dni były bez chininy per os, syropki były zapisane na karcie obserwacji, ale nikt ich nie dał mamom, tak samo z Paracetamolem- są na karcie, ale mamy nie mają recepty na niego, zaplanowane kroplówki z chininą są tylko dla połowy dzieciaków, o reszcie chyba zapomniano, przepisane wczoraj zastrzyki z antybiotykiem nie są podane aż do dzisiaj, niedożywione dzieciaki od dwóch dni są bez mleka terapeutycznego…Jednym słowem- poczułam się przez chwilę jak w Aru. Zaraz potem zabrałam się za porządkowanie tego rozgardiaszu, na szczęście na obchód przyszedł  dr Faustin, który widział moje rosnące przerażenie, gdy prawie na każdej fiszce coś się nie zgadzało i dzielnie mi pomagał. Nie mogłam się powstrzymać przed wyrażeniem swojego zdziwienia wieczorem siostrom odpowiedzialnym, że nic dzisiaj w szpitalu nie było jak trzeba. I tutaj poczułam się dokładnie odwrotnie jak w Aru- następnego  dnia s.Claudine przyszła do naszej dyżurki, zamknęła drzwi na zamek i przez godzinę dyskutowaliśmy co nie gra i dlaczego i jak możemy to zmienić. Wow! Byłam pod wrażeniem, że wszystko jednak nawet tutaj w Kongo da się załatwić tak szybko- ale to tylko i wyłącznie lata pracy białej Marceli z tymi siostrami, które mają już niektóre „białe” zachowania, to widać. Oj, kiedyż ona wreszcie wróci! Wciąż nie mam od niej żadnej informacji, mam nadzieję, że niedługo! W tym tygodniu zmarła nam dwójka dzieci: jedna śliczna dziewczynka z ogromnym zapaleniem płuc, która dusiła się przez dwa dni i nie za bardzo wiedzieliśmy co możemy dla niej jeszcze zrobić i w piątek biedniutkie dziecko, Pascal, koszmarnie niedożywiony, miał widok potwornie zmęczonego i smutnego dziecka, wystające kości policzkowe i był tak słaby, że nie mógł się ruszać… Mamy też 2-tygodniowe niemowlę, które straciło mamę przy porodzie, tata też nie żyje i babcia przyniosła je skrajnie niedożywione: dosłownie, ale to dosłownie skóra i kości. Dziecko nie ma tkanki podskórnej i mięśni i waży tylko 2 kg.  Od tygodnia karmimy też jednego wcześniaka przez sondę, ja wciąż się upieram, żeby ją wyjąć, żeby nie zrobić mu odleżyn, ale z drugiej strony dziecko nie ssie, a co najgorsze,  nie połyka. Tak że sonda jest kompromisem przed zagłodzeniem go na śmierć.
W tym tygodniu poprawiło się z pogodą, w ciągu dnia prawie codziennie świeciło słońce, zaczynało padać dopiero koło 16. Przez to w nocy było przyjemnie chłodno. W piątek natomiast ulewny deszcz zatrzymał nas wszystkich po pracy przez prawie 40 minut- po prostu nie dało się wyjść ze szpitala! I ja to jeszcze jak tylko się trochę przejaśniło przebiegłam te parę metrów do zakonu, ale inni mają daleko do domu i nie byli tak odważni. Wieczorem przyjechał do Ariwara Dani, żeby zrobić kontrolne testy przed wyjazdem- z wielkimi przygodami. Jego autobus co 20 minut psuł się na drodze, spóźnił się z odjazdem godzinę, w końcu doczłapał się na 19:30 jak już było ciemno, co przysporzyło mi trochę niepokoju. W sobotę w szpitalu był całkiem przyjemny dzień, bo miałam obchód z dr Faustinem, byłam też na oddziale sama z Jaquiem, więc było co do roboty. Nasze dwutygodniowe niemowlę ma się zaskakująco dobrze, wygląda sto razy lepiej,  po tych wszystkich kroplówkach jego skóra wreszcie przypomina skórę a nie zmięty papier. W zakonie siostry zrobiły pożegnanie Daniemu: było pyszne ciasto, pożegnalny list i prezent w postaci pagnii na koszulę- świetny pomysł! Jego test na malarię jest negatywny- strasznie się ucieszyłam, bo niezbyt dobrze znosi chininę, głównie z powodu tego, że ma przytępiony słuch i gorzki smak w ustach, ale przynajmniej działa! Podróż do Aru znowu była okupiona niespodziankami: najpierw ledwo zdążyliśmy, bo pożegnalny obiad Daniego się przeciągnął. Ale po drodze złapaliśmy moto taxi, która dowiozła nas na czas. Dani się przeraził jak zobaczył autobus, bo był to ten sam, który wczoraj go tu przywiózł i psuł się co chwilę. Ale w środku było dużo miejsca i wyjątkowo mili pasażerowie. Dojechaliśmy bez większych problemów poza ulewą, która dosłownie nas zalała- deszcz wlewał się strumieniami do środka przez nieszczelne szyby i mieliśmy małą powódź na podłodze:) Ale wszyscy przyjęli to z uśmiechem, po raz pierwszy poczułam, że Ci ludzie nie śmieją się z nas, ale razem z nami. To miła odmiana…Wieczór w Aru spędziłyśmy z Mary na obgadywaniu sprawy niedożywionych dzieci w tutejszym szpitalu. Mamy dużo pomysłów, głównie za sprawą domowego plumpynut, którego Mary testuje na wszystkie strony. 

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Kochani!


Nie znajduję słów usprawiedliwienia dla siebie, ale chciałam, żebyście wiedzieli, że mimo wszystko pamiętałam o Was w tych dniach:
17 czerwca- ucałowania na urodziny Basieńko!!! Niech mały Patryk zdrowo rośnie w brzuszku!
20 czerwca- wszystkiego dobrego w dniu urodzin Tomaszu „Wielki Bracie” Bazański:):)
23 czerwca- najgorętsze ucałowania i uściski dla Ciebie Tatusiu!!!!
Gratulacje Aśka i Patryk z okazji pojawienia się na świecie waszej córeczki, Martusi, 28 kwietnia!
Dziewczyny: Agatka, Basia i Gabrysia- trzymam kciuki, dacie radę(chociaż mnie tam nie ma:P)!!!!!!

niedziela, 24 czerwca 2012

Ariwara- zimny tydzień szósty


Siostry mówią, że dopiero teraz rozpoczęła się pora deszczowa. I że potrwa do połowy września: jak tak to ja się wypisuję z tej Afryki! Zimno cały czas, pada całe noce, chmury cały dzień na niebie, zero słońca, toż to depresji można dostać! A na dodatek nic nie schnie, pranie teraz czegoś to dobry żart. W poniedziałek właśnie przywitał nas taki deszcz: wracaliśmy piechotą z autobusu do zakonu, a tu lunął prawdziwy tropikalny deszcz, już było widać zakon a mimo to byliśmy mokrzy do suchej nitki. Ja właśnie zaczęłam akcję „opalamy nogi” i byłam w pięknej sukience, tak że widok był jeszcze bardziej komiczny:) W tym tygodniu w szpitalu było nadzwyczaj spokojnie, mieliśmy jakieś 35-40 dzieci na oddziale, mam nadzieję, że szpital się do tego stanu nie przyzwyczai. Ja tam wolę jak jest dużo pracy, czas szybciej leci. Na dodatek Dani był zajęty cały tydzień od rana do nocy, bo kończył swoją elektryczną pracę w szpitalu, bowiem to jego ostatni tydzień w Ariwara. Ja więc całe popołudnia spędzałam z fascynującą książką „Biała (głupia) Masajka”- skończyłam ją w pięć dni, to zdumiewające jak bardzo można nie mieć zdrowego rozsądku. Polecam! W czwartek, chyba żeby się zrehabilitować przed wyjazdem po ostatnich szalenie słonych bułkach, razem z Danim piekliśmy chleb: to strasznie długi proces, bo trzy razy czeka się na wyrośnięcie: 30 minut, godzinę i 40 minut…Ale efekt był znowu wspaniały, mam wrażenie, że to za sprawą tych pieców, w których pali się drewnem, ciekawe czy zwykły gazowy piekarnik dałby sobie radę z takim chlebem. Trzeba będzie spróbować po powrocie. Siostry były zachwycone i po raz kolejny został okrzyknięty cudownym chłopcem, dopóki jedna z sióstr nie zauważyła, że chleb jest tak dobry, bo ja czuwałam nad tym co Dani do niego dodaje:) Ha ha! W piątek poszliśmy na open market zrobić konieczne elektryczne zakupy do szpitala, a przy okazji i zupełnie niespodziewanie udało się nam kupić bilet na sobotni autobus- zawsze mamy z tym problemy, bo do tej pory nie dało się kupić biletu dzień wcześniej i rano przed pracą w sobotę ktoś musiał iść na dworzec i go kupić. Jednak bilety nie były szczęśliwe, bo w sobotę najpierw czekaliśmy dwie godziny na odjazd autobusu(nikt nie wiedział dlaczego takie opóźnienie, czy autobus przyjedzie i kiedy), a potem dwie godziny się wlekliśmy…Przyjechaliśmy wykończeni, ale szybko mi zmęczenie przeszło, bo w domu zastałam absolutnie niespodziewaną paczkę od Madzi z najnowszą książką Jonathana Carrolla i ucztą kasztankowo- ptasiomleczkową! Ach, zachwytom nie było końca, całą niedzielę przesiedzieliśmy też nad Ptasim Mleczkiem, błogo się leniąc. 

niedziela, 17 czerwca 2012

Świętowanie


Ależ mieliśmy ciężką niedzielę! A w sumie nic wielkiego nie robiliśmy. Cały (dosłownie) dzień spędziłyśmy z Mary w kuchni, przygotowując wieczorną kolację dla Clary i Orio. Po pierwsze skończyli pierwszą partię pracy w budowie swojego domu, to się chyba nazywa stan surowy, to znaczy są już wszystkie ściany, podłoga, dach, wszystko otynkowane, praca murarzy zakończona. Po drugie dzisiaj Clara i Orio spędzili prawie cały dzień w rodzinnej wiosce Orio, prosząc o zgodę na ślub rodzinę Orio i ustalając pierwsze szczegóły. Tutaj ślub składa się z trzech części: porozumienia rodzin, ślubu cywilnego i kościelnego. Tak że to wielkie wydarzenie, Clara była dzisiaj bardzo zadowolona. My natomiast wymyśliłyśmy z Mary meksykańskie taco: potrawę pyszną acz wymagającą. Najpierw musiałyśmy kupić mięso i je przygotować, potem ugotować fasolę(trzy godziny na gazie!), zrobić sos i naleśniki. Naprawdę mnóstwo czasu, jak zaczynałyśmy to nie sądziłyśmy, że to się tak skończy. Na obiad więc przygotowałyśmy 5-minutowe danie: nasz standardowy makaron z bazylią  i czosnkiem, który cieszy się coraz większym uznaniem i powoli wypiera spaghetti z sosem pomidorowym. Do poobiedniej kawy otworzyliśmy nasze pierniczki, które są przepyszne i piękne, oczywiście już prawie się kończą. Udało mi się jednak podebrać trochę dla sióstr w Ariwara. Dani natomiast spędził cały dzień na rozpalaniu pieca, suszeniu drewna, robieniu chleba, czekaniu aż wyrośnie, teraz ma plan, żeby wymienić komin…Ale chleb wyszedł pierwsza klasa, muszę ukraść mu przepis!
Fiona ze szczeniakami

Nasze taco i chleb


Pierniczki

Mary z jej autorskim PlumpyNut