Ostatnie dwa dni były
całkowicie zajęte przez przygotowania Daniego do wyjazdu. We wtorek byliśmy
zaproszeni na kolację do sióstr, która przebiegła bardzo zgrabnie i wszyscy
byli zachwyceni moim ciastem bananowym. Co prawda prawie by go nie było, bo lało
przez cały dzień i nie mogliśmy się wydostać z domu, żeby kupić banany. Ale w
końcu po południu przejaśniło się na tyle, że Dani pojechał z Mary odebrać
swoją koszulę od zezowatego krawca(którą jest zachwycony i mówi, że to
najlepsza jaką tutaj mu uszyli) i przy okazji kupili mi banany. W środę udało
się z pogodą- było ciepło i słonecznie. Pojechaliśmy kupić lekarstwa, które
Dani zabrał ze sobą do Włoch tak na wszelki wypadek. Potem pojechaliśmy na open
market, żeby kupić parę rzeczy, które Dani chciał zabrać jako prezenty dla
swojej rodziny. Wieczorem przygotowaliśmy pożegnalną kolację z pizzą i ciastem
czekoladowym w roli głównej, na którą byli zaproszeni wszyscy nasi tutejsi
znajomi. Ja w międzyczasie wreszcie poszłam do Maman Aroio i zobaczyłam ją i
inne dziewczyny ciężko pracujące nad torbami. Efekt jest naprawdę fajny,
szczególnie ta feeria kolorów, wygląda to zadziwiająco.
środa, 4 lipca 2012
poniedziałek, 2 lipca 2012
Aru(1)
Mój pierwszy dzień z
zaplanowanego tygodnia w Aru nie zaczął się obiecująco: rzez całą noc, aż do 11
lało na całego i całe życie było zatrzymane. Postanowiłam zostać w Aru, żeby
nie przegapić ostatnich trzech dni Daniego w Kongo, pojechać na zakupy w Arua dla niedożywionych dzieci i przywitać s.Joy,
która wraca z Filipin w najbliższą sobotę. Zapowiada się więc pełen wrażeń
tydzień. Ale jeśli będzie lało tak jak dzisiaj, to nie wiem czy będę się nim
cieszyć: bez słońca tutaj jest koszmarnie! No, ale nie poddałam się pogodzie i
zabrałam się za wypełnianie dnia. Najpierw wreszcie porządnie posprzątam swój
pokój, bo wracanie tylko na weekendy nie mobilizuje mnie do zachowania go w
należytej czystości. Cieszę się luksusem czystej pościeli, bo odkąd nasza pralka nie działa pranie
pościeli ręcznie jakoś mnie nie pociąga:) Ale Dani mi obiecał, że porozmawia z
s.Carmelą, żebyśmy mogli wyprać chociaż pościel w zakonie. Deszcz się przedłużał,
maman Maria nie przychodziła, więc trzeba się było zabrać za przygotowywanie
obiadu. Namówiłam Daniego, żeby rozpalił piec w kuchni, z której korzysta maman
Maria, żebyśmy oszczędzili trochę gazu- bo oprócz obiadu musieliśmy ugotować
mięso dla psów i podgrzać wodę do mycia naczyń i wieczornego prysznica. Tym
razem nie zajęło mu to dwóch godzin i
około 13:30 cieszyliśmy się ze spaghetti z bazylią, a Fiona i Rambo wreszcie
byli najedzeni. Potem Dani chciał pojechać na open market by oddać swoją pagne,
którą dostał od sióstr w Ariwara do krawca, żeby mu uszył koszulę. Okazało się
też, że nie mamy prawie żadnych warzyw i ryby, więc pojechaliśmy razem zrobić
zakupy. Nie mogliśmy znaleźć krawca, więc zapytaliśmy w jednym sklepie czy
kogoś znają. Jeden z mężczyzn tam stojących powiedział, że może nas do jednego
zaprowadzić. Jakie było moje zdumienie, gdy rozpoznałam w nim męża maman
Therese- to ta pielęgniarka, na której ślubie byłam. Jej mąż był bardzo
zadowolony, że go pamiętam. Krawiec okazał się bardzo sympatyczny, co prawda ma
zeza rozbieżnego, ale mąż maman Therese mówi, że często korzystają z jego usług
i jest bardzo dobry. Jego „pracownia” to nawet nie chata- tylko półotwarta
przestrzeń z dachem- pracuje sobie na świeżym powietrzu:) Potem dokończyliśmy
zakupy i wróciliśmy do domu. Z racji tego, że mieliśmy rozpalony piec Dani,
wiedziałam, zaproponował, żebyśmy zrobili chleb. Ale tym razem to ja wszystko
robiłam, pod czujną kontrolą Daniego, żeby dokładnie się nauczyć go
przygotowywać, zanim Dani wyjedzie. Nie mieliśmy też żadnego pomysłu na
kolację, więc zaproponowałam, żeby użyć tego ciasta jako spodu do pizzy-
sprawdziło się idealnie, wieczorem raczyliśmy się prawdziwie włoską kolacją.
Ostatnie też dni spędzamy na stronie internetowej włoskiej firmy Bialetti,
która jest najsłynniejszą firmą produkującą moki do kawy. Wszyscy są nią
zafascynowani, nawet Włosi, strona jest bardzo wciągająca:) Jest tam ich
mnóstwo rodzajów, ale koniec końców zdecydowałam się na najbardziej klasyczny
model, produkowany chyba od 1950 roku. Nie mogę się doczekać!!
niedziela, 1 lipca 2012
4:0
Dzisiejszy dzień zaczął się od
tego, że Mary z radością odkryła, że mamy początek miesiąca i to dobra data,
żeby poświętować. Większość z nas przyjechała tutaj koło pierwszego, więc mamy
okrągły miesiąc za sobą: mi stuknął siódmy, aż nie mogę w to uwierzyć! Tak że
zaraz po śniadaniu zabraliśmy się za wedlowską czekoladę. Potem, po poranku z
książką, zostaliśmy miło zaskoczeni zaproszeniem sióstr na obiad. Był to miły
zbieg okoliczności, bo dzisiaj była kiepska pogoda i nikt jakoś nie miał zbyt
wiele zapału do gotowania- aura jest zimna i senna. Obiad był absolutnie
przepyszny, bo gotowała s.Carmela: mięso rozpływało się w ustach, była zielona
gotowana fasolka w strączkach i sałata- warzywa strasznie swojskie, które
jadłam tutaj po raz pierwszy. A to wszystko za sprawą rewelacyjnie utrzymanego
u sióstr ogrodu. Potem wypiliśmy kawę i wróciliśmy na naszym rozklekotanym
motorze do domu tuż przed wielką ulewą. Wieczorem natomiast przygotowywaliśmy razem
z Ester imprezę z okazji jej urodzin, która wyszła pysznie i bardzo przyjemnie.
No i na koniec Bolingo powiedział, że musi uciekać, bo idzie oglądać finał
Euro. Wpadłam więc na pomysł, żeby do niego dołączyć, bo pomyślałam sobie, że
oglądanie finału Euro, w którym grają Włosi z Włochami w Afryce to musi być
niezapomniane przeżycie. Dopiero potem
pomyślałam, że może bycie jedyną białą dziewczyną w towarzystwie podpitych
Murzynów w jakimś podejrzanym barze nie jest największą frajdą. Ale Bolingo
powiedział, że to nie bar, tylko sala z telewizorem i trzeba zapłacić za wstęp(a więc byle kto się
nie przypląta, tylko Ci, którzy naprawdę chcą obejrzeć mecz). Zaryzykowałam
więc, a potem jeszcze szybko udało mi się namówić Mary, więc poszłyśmy zupełnie
na luzie. Okazało się, że nie było tak źle. „Sala” okazała się dość pokaźnym
domem z dachem krytym słomą, w środku były poustawiane drewniane ławki i
telewizor(z płaskim ekranem, a co!) w środku- bardzo dobrze widoczny. Tak że
wszystko wyglądało zachęcająco, do czasu wyniku- tak mi było żal chłopaków, bo
Włosi zaliczyli totalną porażkę, ale chyba nie są wielkimi fanami, bo nie
wyglądali na za bardzo niepocieszonych:)
sobota, 30 czerwca 2012
Ariwara- siódmy tydzień znowu sama
W poniedziałek rano
pojechaliśmy z Danim do szpitala kupić dla niego chininę: jego test na malarię
po przeleczeniu się Coartemem jest nadal pozytywny, a że Dani za dwa tygodnie
wyjeżdża to zdecydował się na niezawodną chininę. Bardzo jestem ciekawa jak to
zniesie, bo słyszałam o wielu działaniach niepożądanych chininy: bóle głowy,
znaczne osłabienie, wymioty, dzwonienie w uszach(podobno bardzo częste i bardzo
nieprzyjemne). Udało mi się też znaleźć w bibliotece w miarę dobrą książkę dla
Christiny do nauki angielskiego- umówiłyśmy się, że zaczniemy w nadchodzącym
tygodniu. Nie jest idealna, bo ja potrzebuję książki dla dzieci, gdzie zaczyna
się angielski od podstaw. Ale Christina jest zdumiewająco dobrym uczniem, nawet
z książką sobie poradziłyśmy. Miałyśmy dwie lekcje w czwartek i piątek, dużo
zrobiłyśmy, bo teraz nie będzie mnie przez tydzień w Ariwara i chcę, żeby miała
dużo rzeczy, których będzie mogła się uczyć sama: odmiana czasownika „być” i
„mieć”, trochę słownictwa, podstawowe zasady gramatyczne. Na piątkową lekcję
przyszła Suzana, ale nie dała rady, wyszła po 20 minutach, chyba nie za bardzo
ją to interesowało. W szpitalu mieliśmy w tym tygodniu kawał dobrej pracy, nie
było może bardzo dużo dzieciaków, ale dużo się działo. Zaczęło się od totalnej
katastrofy jak przyjechałam, nic nie działało: dzieciaki od dwóch dni były bez
chininy per os, syropki były zapisane na karcie obserwacji, ale nikt ich nie
dał mamom, tak samo z Paracetamolem- są na karcie, ale mamy nie mają recepty na
niego, zaplanowane kroplówki z chininą są tylko dla połowy dzieciaków, o
reszcie chyba zapomniano, przepisane wczoraj zastrzyki z antybiotykiem nie są
podane aż do dzisiaj, niedożywione dzieciaki od dwóch dni są bez mleka
terapeutycznego…Jednym słowem- poczułam się przez chwilę jak w Aru. Zaraz potem
zabrałam się za porządkowanie tego rozgardiaszu, na szczęście na obchód
przyszedł dr Faustin, który widział moje
rosnące przerażenie, gdy prawie na każdej fiszce coś się nie zgadzało i
dzielnie mi pomagał. Nie mogłam się powstrzymać przed wyrażeniem swojego
zdziwienia wieczorem siostrom odpowiedzialnym, że nic dzisiaj w szpitalu nie
było jak trzeba. I tutaj poczułam się dokładnie odwrotnie jak w Aru- następnego dnia s.Claudine przyszła do naszej dyżurki,
zamknęła drzwi na zamek i przez godzinę dyskutowaliśmy co nie gra i dlaczego i
jak możemy to zmienić. Wow! Byłam pod wrażeniem, że wszystko jednak nawet tutaj
w Kongo da się załatwić tak szybko- ale to tylko i wyłącznie lata pracy białej
Marceli z tymi siostrami, które mają już niektóre „białe” zachowania, to widać.
Oj, kiedyż ona wreszcie wróci! Wciąż nie mam od niej żadnej informacji, mam
nadzieję, że niedługo! W tym tygodniu zmarła nam dwójka dzieci: jedna śliczna
dziewczynka z ogromnym zapaleniem płuc, która dusiła się przez dwa dni i nie za
bardzo wiedzieliśmy co możemy dla niej jeszcze zrobić i w piątek biedniutkie
dziecko, Pascal, koszmarnie niedożywiony, miał widok potwornie zmęczonego i
smutnego dziecka, wystające kości policzkowe i był tak słaby, że nie mógł się
ruszać… Mamy też 2-tygodniowe niemowlę, które straciło mamę przy porodzie, tata
też nie żyje i babcia przyniosła je skrajnie niedożywione: dosłownie, ale to
dosłownie skóra i kości. Dziecko nie ma tkanki podskórnej i mięśni i waży tylko
2 kg. Od tygodnia karmimy też jednego
wcześniaka przez sondę, ja wciąż się upieram, żeby ją wyjąć, żeby nie zrobić mu
odleżyn, ale z drugiej strony dziecko nie ssie, a co najgorsze, nie połyka. Tak że sonda jest kompromisem
przed zagłodzeniem go na śmierć.
W tym tygodniu poprawiło się z
pogodą, w ciągu dnia prawie codziennie świeciło słońce, zaczynało padać dopiero
koło 16. Przez to w nocy było przyjemnie chłodno. W piątek natomiast ulewny
deszcz zatrzymał nas wszystkich po pracy przez prawie 40 minut- po prostu nie
dało się wyjść ze szpitala! I ja to jeszcze jak tylko się trochę przejaśniło
przebiegłam te parę metrów do zakonu, ale inni mają daleko do domu i nie byli
tak odważni. Wieczorem przyjechał do Ariwara Dani, żeby zrobić kontrolne testy
przed wyjazdem- z wielkimi przygodami. Jego autobus co 20 minut psuł się na
drodze, spóźnił się z odjazdem godzinę, w końcu doczłapał się na 19:30 jak już
było ciemno, co przysporzyło mi trochę niepokoju. W sobotę w szpitalu był
całkiem przyjemny dzień, bo miałam obchód z dr Faustinem, byłam też na oddziale
sama z Jaquiem, więc było co do roboty. Nasze dwutygodniowe niemowlę ma się
zaskakująco dobrze, wygląda sto razy lepiej, po tych wszystkich kroplówkach jego skóra
wreszcie przypomina skórę a nie zmięty papier. W zakonie siostry zrobiły
pożegnanie Daniemu: było pyszne ciasto, pożegnalny list i prezent w postaci
pagnii na koszulę- świetny pomysł! Jego test na malarię jest negatywny-
strasznie się ucieszyłam, bo niezbyt dobrze znosi chininę, głównie z powodu
tego, że ma przytępiony słuch i gorzki smak w ustach, ale przynajmniej działa!
Podróż do Aru znowu była okupiona niespodziankami: najpierw ledwo zdążyliśmy,
bo pożegnalny obiad Daniego się przeciągnął. Ale po drodze złapaliśmy moto taxi,
która dowiozła nas na czas. Dani się przeraził jak zobaczył autobus, bo był to
ten sam, który wczoraj go tu przywiózł i psuł się co chwilę. Ale w środku było
dużo miejsca i wyjątkowo mili pasażerowie. Dojechaliśmy bez większych problemów
poza ulewą, która dosłownie nas zalała- deszcz wlewał się strumieniami do
środka przez nieszczelne szyby i mieliśmy małą powódź na podłodze:) Ale wszyscy
przyjęli to z uśmiechem, po raz pierwszy poczułam, że Ci ludzie nie śmieją się
z nas, ale razem z nami. To miła odmiana…Wieczór w Aru spędziłyśmy z Mary na
obgadywaniu sprawy niedożywionych dzieci w tutejszym szpitalu. Mamy dużo
pomysłów, głównie za sprawą domowego plumpynut, którego Mary testuje na
wszystkie strony.
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Kochani!
Nie znajduję słów
usprawiedliwienia dla siebie, ale chciałam, żebyście wiedzieli, że mimo
wszystko pamiętałam o Was w tych dniach:
17 czerwca- ucałowania na
urodziny Basieńko!!! Niech mały Patryk zdrowo rośnie w brzuszku!
20 czerwca- wszystkiego
dobrego w dniu urodzin Tomaszu „Wielki Bracie” Bazański:):)
23 czerwca- najgorętsze
ucałowania i uściski dla Ciebie Tatusiu!!!!
Gratulacje Aśka i Patryk z
okazji pojawienia się na świecie waszej córeczki, Martusi, 28 kwietnia!
Dziewczyny: Agatka, Basia i
Gabrysia- trzymam kciuki, dacie radę(chociaż mnie tam nie ma:P)!!!!!!
niedziela, 24 czerwca 2012
Ariwara- zimny tydzień szósty
Siostry mówią, że dopiero
teraz rozpoczęła się pora deszczowa. I że potrwa do połowy września: jak tak to
ja się wypisuję z tej Afryki! Zimno cały czas, pada całe noce, chmury cały
dzień na niebie, zero słońca, toż to depresji można dostać! A na dodatek nic
nie schnie, pranie teraz czegoś to dobry żart. W poniedziałek właśnie przywitał
nas taki deszcz: wracaliśmy piechotą z autobusu do zakonu, a tu lunął prawdziwy
tropikalny deszcz, już było widać zakon a mimo to byliśmy mokrzy do suchej
nitki. Ja właśnie zaczęłam akcję „opalamy nogi” i byłam w pięknej sukience, tak
że widok był jeszcze bardziej komiczny:) W tym tygodniu w szpitalu było
nadzwyczaj spokojnie, mieliśmy jakieś 35-40 dzieci na oddziale, mam nadzieję,
że szpital się do tego stanu nie przyzwyczai. Ja tam wolę jak jest dużo pracy,
czas szybciej leci. Na dodatek Dani był zajęty cały tydzień od rana do nocy, bo
kończył swoją elektryczną pracę w szpitalu, bowiem to jego ostatni tydzień w
Ariwara. Ja więc całe popołudnia spędzałam z fascynującą książką „Biała
(głupia) Masajka”- skończyłam ją w pięć dni, to zdumiewające jak bardzo można
nie mieć zdrowego rozsądku. Polecam! W czwartek, chyba żeby się zrehabilitować
przed wyjazdem po ostatnich szalenie słonych bułkach, razem z Danim piekliśmy
chleb: to strasznie długi proces, bo trzy razy czeka się na wyrośnięcie: 30 minut,
godzinę i 40 minut…Ale efekt był znowu wspaniały, mam wrażenie, że to za sprawą
tych pieców, w których pali się drewnem, ciekawe czy zwykły gazowy piekarnik
dałby sobie radę z takim chlebem. Trzeba będzie spróbować po powrocie. Siostry
były zachwycone i po raz kolejny został okrzyknięty cudownym chłopcem, dopóki
jedna z sióstr nie zauważyła, że chleb jest tak dobry, bo ja czuwałam nad tym
co Dani do niego dodaje:) Ha ha! W piątek poszliśmy na open market zrobić
konieczne elektryczne zakupy do szpitala, a przy okazji i zupełnie
niespodziewanie udało się nam kupić bilet na sobotni autobus- zawsze mamy z tym
problemy, bo do tej pory nie dało się kupić biletu dzień wcześniej i rano przed
pracą w sobotę ktoś musiał iść na dworzec i go kupić. Jednak bilety nie były
szczęśliwe, bo w sobotę najpierw czekaliśmy dwie godziny na odjazd
autobusu(nikt nie wiedział dlaczego takie opóźnienie, czy autobus przyjedzie i
kiedy), a potem dwie godziny się wlekliśmy…Przyjechaliśmy wykończeni, ale
szybko mi zmęczenie przeszło, bo w domu zastałam absolutnie niespodziewaną
paczkę od Madzi z najnowszą książką Jonathana Carrolla i ucztą kasztankowo-
ptasiomleczkową! Ach, zachwytom nie było końca, całą niedzielę przesiedzieliśmy
też nad Ptasim Mleczkiem, błogo się leniąc.
niedziela, 17 czerwca 2012
Świętowanie
Ależ mieliśmy ciężką
niedzielę! A w sumie nic wielkiego nie robiliśmy. Cały (dosłownie) dzień
spędziłyśmy z Mary w kuchni, przygotowując wieczorną kolację dla Clary i Orio.
Po pierwsze skończyli pierwszą partię pracy w budowie swojego domu, to się
chyba nazywa stan surowy, to znaczy są już wszystkie ściany, podłoga, dach,
wszystko otynkowane, praca murarzy zakończona. Po drugie dzisiaj Clara i Orio
spędzili prawie cały dzień w rodzinnej wiosce Orio, prosząc o zgodę na ślub
rodzinę Orio i ustalając pierwsze szczegóły. Tutaj ślub składa się z trzech
części: porozumienia rodzin, ślubu cywilnego i kościelnego. Tak że to wielkie
wydarzenie, Clara była dzisiaj bardzo zadowolona. My natomiast wymyśliłyśmy z
Mary meksykańskie taco: potrawę pyszną acz wymagającą. Najpierw musiałyśmy
kupić mięso i je przygotować, potem ugotować fasolę(trzy godziny na gazie!),
zrobić sos i naleśniki. Naprawdę mnóstwo czasu, jak zaczynałyśmy to nie
sądziłyśmy, że to się tak skończy. Na obiad więc przygotowałyśmy 5-minutowe danie:
nasz standardowy makaron z bazylią i
czosnkiem, który cieszy się coraz większym uznaniem i powoli wypiera spaghetti
z sosem pomidorowym. Do poobiedniej kawy otworzyliśmy nasze pierniczki, które
są przepyszne i piękne, oczywiście już prawie się kończą. Udało mi się jednak
podebrać trochę dla sióstr w Ariwara. Dani natomiast spędził cały dzień na
rozpalaniu pieca, suszeniu drewna, robieniu chleba, czekaniu aż wyrośnie, teraz
ma plan, żeby wymienić komin…Ale chleb wyszedł pierwsza klasa, muszę ukraść mu
przepis!
| Fiona ze szczeniakami |
| Nasze taco i chleb |
| Pierniczki |
| Mary z jej autorskim PlumpyNut |
Subskrybuj:
Posty (Atom)