sobota, 16 czerwca 2012

Ariwara- cały tydzień piąty sama


Tak właśnie! Różne wypadki losowe sprawiły, że Dani nie mógł w tym tygodniu przyjechać do Ariwara: w poniedziałek musiał jechać do Arua kupić wszystkie potrzebne rzeczy do swojej elektrycznej pracy w szpitalu, we wtorek- przedłużyć wizę, która kończyła się w piątek, w środę- dostał ciężkiej malarii z gorączką 39,3st.C, bólem głowy i wymiotami... Ja natomiast miałam próbkę tego, jak to będzie mieszkać w Ariwara samej: i muszę przyznać, że nie było tak źle! W poniedziałek jak zwykle Bolingo zawiózł mnie na stację autobusową, nie czekałam nawet tak długo na autobus, a na dodatek przywitał mnie znany nam już kierowca Michel. W Ariwara już od jakiegoś czasu nie bierzemy moto taxi, bo wyrobiliśmy się w chodzeniu- tym razem też zdecydowałam się na 15-minutowy spacerek. Siostry powitały mnie jak zwykle bardzo serdecznie, ale oczywiście z wielkim zdziwieniem gdzie jest Dani:) Och, jak one go uwielbiają! Całe(dosłownie) popołudnie spędziłam na praniu wszystkich moich rzeczy- coraz więcej się ich tu gromadzi, co tydzień przywożę na sobie coś nowego do Ariwara. We wtorek zaczął się intensywny tydzień w szpitalu. Pracowałam rano mniej więcej do 12-13, bo tak się kończyły nowe przypadki i ogarnianie oddziału, a ponieważ po południu pracował Justin to pracowałam też z nim od 15 do 18. Muszę przyznać, że bardzo mi się ten system podobał. Suzana wreszcie była zadowolona, że jem z nimi obiad o normalnej porze(bo nie mogła zdzierżyć, że zwykle jadłam go po szpitalu koło 15-16), ja miałam idealną przerwę w ciągu dnia na małą drzemkę(to chyba za sprawą tego upału), jeden rozdział książki, spacer na open market. Potem gdy przychodziłam wieczorem ze szpitala brałam prysznic, ogarniałam trochę pokój i już siostry wołały mnie na kolację. Ciężkie są tu tylko wieczory, a to za sprawą braku elektryczności. Mam w pokoju tylko małą lampkę na baterie, która nie daje dużo światła, na dodatek staram się nie ładować komputera codziennie, bo siostry mają duży problem z bateriami, które nie trzymają prądu i łatwo się wyczerpują, więc też nie używam go za długo. Koniec końców, o dziesiątej najpóźniej idę spać:) Obecnie na wszystko mam czas, wszystko jest ładnie zorganizowane w moim pokoju, wreszcie(!!!!) pozbyłam się wszystkich list, które tak bardzo przypominały mi moje zabiegane życie w Polsce. A więc reasumując jestem całkiem zadowolona z Ariwara. Mam już też potwierdzenie, że 2 sierpnia przyjedzie tutaj siedmiu wolontariuszy na trzy tygodnie, więc już niedługo będzie z kim pogadać:)
A w szpitalu: miałam powtórkę z Aru z dwoma niedożywionymi bliźniakami. Przyjęliśmy je w czwartek po południu: mama przyszła z nimi do szpitala tak jak stała(że oni też tutaj niczego nie planują?), mimo że została skierowanie z „ośrodka zdrowia” do szpitala: można się więc było domyśleć, że trzeba ze sobą coś zabrać. No i zaczęło się: nie ma kubka, nie ma przegotowanej wody, nie ma łyżek, nie ma wody do rozcieńczenia syropków…stara bajka. I muszę przyznać, że mi się odechciało, jak przyszłam w piątek rano, a mama wciąż nie przygotowała wody(przez co pielęgniarka nie mogła przygotować mleka) i nie dała dzieciom porannej dawki leków… Skłaniam się niestety ku opinii, że tutejsze mamy naprawdę nie mają pojęcia jak się zajmować dziećmi: całe to niedożywienie wynikające z faktu, że dzieci jedzą tylko bezwartościowe fufu, bo mamy nie widzą, że dzieciom należy się różnorodna dieta; jakieś ubzdurane wyobrażenie, że leki, które przepisujemy powodują gorączkę albo grzybicę jamy ustnej, więc mamy ich nie podają; cała medycyna „naturalna” z nacinaniem skóry w celu wyjścia gorączki, co skutkuje tylko zakażeniami. Brak edukacji jest tu obezwładniający, a ja czuję się taka bezradna, bo bez języka nie mogę im nic wytłumaczyć. Oprócz Justina żadna z pielęgniarek nie tłumaczy na lingala tego, co mówię. A więc jak ma tu iść postęp, skoro każdy wszystko olewa? Obecnie toczy się sprawa z jedną z naszych pielęgniarek, która mając nocny dyżur nie podaje leków: i to nie pierwszy raz jak ją na tym łapiemy.
Znowu mieliśmy kilka przypadków dzieci ze skrajnie ciężką anemią: jedno z nich zmarło w trakcie zakładania wenflonu, z krwią gotową do przetoczenia czekającą obok…Nie zdążyliśmy. Mamy też dziecko z chłoniakiem Burkitta, ze strasznie zdeformowaną twarzą(zajęte są kości żuchwy i szczęki), które też nie ma szans na przeżycie, bo tutaj nie ma leków na chłoniaka, tylko leczenie symptomatologiczne. Mamy też po raz kolejny 2-miesięcznego Prodige, z wymiotami od urodzenia, prawdopodobnie z przerostowym zwężeniem odźwiernika, którego mama nie akceptuje operacji i domaga się leków przeciwwymiotnych… Mieliśmy też 3-miesięczną Etsoni, z malarią pozytywną na cztery plusy(za każdym razem jak widzimy taki wynik dr Cyprian mi mówi, że Europejczyk z takim wynikiem by nie przeżył), której mama nie zgodziła się na kroplówkę z chininą(postępowanie standardowe), tylko na chininę per os. Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi przypadkami leżą pieniądze i brak edukacji, rzeczy jak dla mnie nie do przeskoczenia i dlatego tak frustrujące.
Od tego chyba też tygodnia( a może to było w zeszłym?) mamy nowego szefa pediatrii- Jaques’a. Z dnia na dzień jestem coraz bardziej zadowolona z jego pracy, naprawdę świetnie się odnajduje, w sprawach organizacyjnych jest na pewno lepszy niż Justin. Justinowi czasem się coś zapomni, ale Jaques ma wszystko pod kontrolą, naprawdę wow. I jest też taki „sprężysty” jak Justin: jak trzeba coś zrobić albo wyjaśnić, to po prostu wstaje i idzie. Może Wam się to czyta z uśmiechem na ustach, ale tak, takie mamy tu problemy: na przykład mówię, że mamy do przygotowania pięć kroplówek z chininą, na co pielęgniarka mówi aha. No to wstańże  i zacznij je przygotowywać! Ale nie, tutaj najpierw ona się musi zastanowić czy warto wstać. Z Justinem i Jaquiem nie ma takich problemów, oni mają podejście pracujmy, pracujmy. Fajnie też, że Jaques jest szefem, bo to oznacza, że jest codziennie na zmianie porannej, a więc na tej gdzie się najwięcej dzieje(chociaż czasem te noce z 7 nowymi przypadkami…), trzeba też zaplanować zaopatrzenie, plan pracy na cały dzień, wyjaśnić niejasności, doprowadzić dokumentację do porządku. Jednak Jaques’a pewnie nigdy nie polubię tak bardzo jak Justina, bo już zaczął mnie pytać jak się dostać do Polski(choć jestem pewna, że nawet nie wie gdzie to jest), jak tu jest  z pracą itp. Justin w przeciwieństwie do niego jest taki prostolinijny, nigdy mnie o nic nie poprosił, a jak byłam chora to zadzwonił, żeby się zapytać jak się czuję:) Cały Justin!
W piątek w zakonie zrobiło się nadzwyczaj cicho: Suzana wyjechała na tydzień do Watsa, a Josephine(ta, która miała operację) i Esperance(ta, która się nią opiekowała) wróciły do Aru. Zostałyśmy więc w szóstkę- przy takiej liczbie „utrata” trzech sióstr to wielka zmiana.
Przypomniały mi się jeszcze trzy rzeczy związane z Suzaną, które niezbicie świadczą, jak kochaną osobą jest siostra. Gdy przyjechałam do Ariwara przywiozłam ze sobą połowę pieniędzy, które zwyczajowo oddaję na potrzeby domu VOICA w Aru: teraz spędzam równie dużo czasu w Ariwara i postanowiłyśmy z Clarą, że część pieniędzy tam zostawię. Cała Suzana: nie chciała przyjąć pieniędzy, tłumacząc, że jestem tu mile widziana i że nie muszę się dokładać. Innym razem przychodzę na kolację, a tu Suzana(z tym swoim niepokojem w oczach, od razu wiedziałam, że coś się święci) zabiera mi talerz i idzie z nim do kuchni, wracając z makaronem specjalnie ugotowanym dla mnie, bo wie, że go lubię i ciągle się martwi, że nie jem z apetytem(co nie jest oczywiście prawdą, ale nie da się jej przekonać). I ostatnia sprawa: na każdy rok siostry układają sobie plan pracy, który każda ma wydrukowany w formie książeczki. Siostry nie wiedziały jak to zrobić, żeby strony się zgadzały, więc Suzana poprosiła mnie czy mogłabym to dla nich zrobić. Zajęło mi to z godzinę, ale radość sióstr była bezcenna- Suzanie aż brakło słów. Boże, taka mała rzecz, to do pozazdroszczenia taka umiejętność cieszenia się z takich głupstw! I rewelacyjne uczucie dla mnie:)
Dzisiaj natomiast rano najpierw przed szpitalem pojechałam kupić bilet na popołudniowy autobus. Pożyczyłam Suzany rewelacyjny czerwony rower, na którym można prosto siedzieć i ma kosz z przodu na torebkę- istne cudo! W szpitalu ładnie wszystko ogarnęliśmy do dwunastej, miałam więc czas, żeby posprzątać pokój, zjeść obiad, spakować się, a ponieważ miałam przywieźć do Aru paczkę dla Josephiny, która była trochę ciężka, Emerance zamówiła dla mnie moto taxi. Gdy przyjechaliśmy na stację, autobus już czekał, zapakowałam się i…lunęło! I to jak: widziałam jak biała ściana deszczu jest bliżej i bliżej. Potem była burza z piorunami, jeden huknął tak blisko, że aż wszyscy podskoczyli. Po jakiś 20 minutach zjawił się wreszcie kierowca i ruszyliśmy. Nie wiem jakim cudem autobus nie ugrzązł w tych gigantycznych kałużach, czasem to chyba można to nazwać rzeką. Ale szczęśliwie dojechaliśmy, myślałam tylko że zabiję dziewczynę obok mnie, która całą podróż(dzisiaj rekord 2,5 godzin!) słuchała muzyki z telefonu i śpiewała…O, masakra! Zero poczucia obciachu czy na przykład tego, że komuś się przeszkadza. Dzięki Bogu za interesującą książkę, którą miałam ze sobą!
W domu zastałam wielką niespodziankę: Fiona w środę urodziła 10 szczeniaków, które są słodkie, prześliczne i jestem w nich zakochana po uszy!!!

niedziela, 10 czerwca 2012

Pyszności


Dzisiaj będzie tylko o jedzeniu, więc jak ktoś jest głodny to niech lepiej tego nie czyta:) W niedzielne południe czekał na nas dzisiaj przepyszny obiad. Ugotowałyśmy z Mary mistrzowskie spaghetti z czosnkiem i bazylią z naszego ogródka, a na deser zrobiłyśmy lody z awokado. Co prawda miałyśmy duże problemy z maszyną do robienia lodów, bo okazało się, że podpięłyśmy ją do złego gniazdka i po godzinie jej pracy nie było żadnego efektu, a zazwyczaj po tym czasie lody są już gotowe. Ale oczywiście z pomocą przyszła nam Clara i rozwiązała problem, tak że na koniec obiadu idealnie wjechały lody. Dani kupił też pyszne czerwone wino- jednym słowem posiłek idealny. Potem byłam tak objedzona, że jedyne na co miałam ochotę to poobiednia drzemka:)Znalazłam też wreszcie czas na pranie i posprzątanie mojego pokoju: teraz, gdy prawie tu nie mieszkam ciężko mi się do tego zabrać. Wieczorem poszłyśmy z Clarą i Mary na adorację, a na kolację Mary przygotowała równie przepyszne jajka w sosie curry z ryżem. 

sobota, 9 czerwca 2012

Ariwara- połowa tygodnia czwartego


Wreszcie w środę dotarliśmy do Ariwara. Nie to, żeby nam było jakoś bardzo smutno z tego powodu:) W Aru było tak fajne, że nie chciało się nam wracać. W środę ładnie się zmobilizowaliśmy by złapać autobus o 6, ale niestety był już cały zapakowany ludźmi i nie było szans się zmieścić. Musieliśmy więc wrócić do domu i poczekać na nasz zwykły autobus o 12. Wróciliśmy na chwilę do spania, bo było nieprzyzwoicie wcześnie. Potem gdy wstałam okazało się, że znowu nie ma Maman Maria, więc zabrałam się za przygotowywanie lunchu, który wyszedł przepyszny: ziemniaki z muchichą. Musieliśmy go niestety zostawić, żeby zdążyć na autobus. Dojechaliśmy bez problemów, pokręciliśmy się trochę po open market w poszukiwaniu mleka w proszku do piekarni, ale bez sukcesu. Gdy dotarliśmy do domu byliśmy wykończeni i spaliśmy całe popołudnie. W czwartek i piątek w szpitalu było idealnie: ani za dużo, ani  za mało pracy. Mamy jedno niedożywione dziecko i chyba czwórkę dzieci, które znowu nam zmarły z powodu anemii. Teraz, gdy odszedł dr Bruno, pozostali doktorzy mają naprawdę ciężko- są tylko we dwójkę na cały szpital! Chyba teraz w ogóle nie śpią, ale za parę tygodni ma dojechać nowy doktor, który kończy właśnie staż. Mnie znowu bolała głowa, więc zrobiłam test na malarię, który okazał się negatywny, więc to pewnie tylko zmęczenie. Dzisiaj natomiast wróciliśmy z pracy na tyle późno, że musieliśmy się nieźle spieszyć, żeby zdążyć na autobus, ale się nam udało, bo złapaliśmy moto taxi. Gdy przyjechaliśmy do Aru zabraliśmy się z Danim za sadzenie citronelli, której sadzonki dostaliśmy od s.Christiny. Wychodzi z niej pyszna herbata, mam nadzieję, że nam wyrośnie, siostry mówią, że rośnie bez problemu. Ale po naszej porażce z rzodkiewką i truskawkami w Ariwara, mamy pewne wątpliwości. Potem poszliśmy na mszę, a wieczorem Clara zrobiła pyszną kapustę z sosem beszamelowym. Próbowaliśmy też wynalazku Mary dla niedożywionych dzieci, która próbuje wyprodukować coś na kształt PlumpyNut, który wciąż nie dotarł z Bunii. Ma już podobną konsystencję, jest tylko trochę za słodki, ale naprawdę jesteśmy pod wrażeniem. Teraz w kuchni mamy wielki turniej ping pongowy, bo Dani wynalazł w naszym magazynku rakietki do tenisa stołowego. Co prawda nie mamy stołu, tylko nasz zwyczajny, ale wygląda na to, że Mary i Daniemu sprawia to frajdę:)

wtorek, 5 czerwca 2012

W kuchni


Ponieważ postanowiliśmy pojechać do Ariwara popołudniowym autobusem o 15, rano po śniadaniu zabrałam się za dekorowanie pierniczków. Zrobienie cukru pudru z tutejszego brązowego okazało się trudne, ale w końcu przy pomocy blendera udało się go skruszyć na tyle, żeby uzyskać lukier. Rodzice przysłali też ostatnio kolorową posypkę, więc pierniczki wyglądają prawie tak jak w domu. W międzyczasie trzy razy jeździłyśmy z Clarą do biura granicznego, żeby wyrobić przedłużenie wizy, zapłaciłyśmy jak dla mnie ogromną sumę 435 dolarów ( na szczęście to VOICA za mnie płaci), ale w końcu się udało: mogę więc dalej przez pól roku przebywać tu legalnie:) Dzisiaj też Maman Maria nie pracowała, więc przygotowywałam obiad: ziemniaki z pomidorami i omlet z bazylią(z naszego ogródka, dzielnie pielęgnowanego teraz przez Mary) i czosnkiem. Przesoliłam ziemniaki, ale wszyscy dzielnie je zjedli. Potem Dani zrobił z papieru torbę, w której przez następne tygodnie będą leżakować pierniczki aż staną się miękkie. Wszyscy byli bardzo rozczarowani, że je chowam i trochę nie mogli w to uwierzyć, wczoraj myśleli, że żartuję. Dlatego pomyślałam, że zrobię ciasto- piernik, na którego przepis widziałam na odwrocie opakowania przyprawy do pierników. Z naszym piekarnikiem ciasto piekło się przez dwie godziny, w międzyczasie wyglądało koszmarnie, ale wyszedł wręcz fenomenalny, pięknie wyrośnięty piernik, pyszny i puszysty! Wow, jestem z siebie naprawdę dumna:)

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Kolejny dzień w Aru


Zupełnie niespodziewany! Okazało się, że moja wiza kończy się jutro i muszę zostać, żeby ją przedłużyć. Clara już jakiż czas temu wstępnie rozmawiała z szefem biura granicznego, że muszę przedłużyć wizę i powiedział, że nie będzie z tym problemu i mam przyjść ostatniego dnia. Tak że  udało mi się zostać jeszcze jeden dzień w Aru, coś czuję, że jutro też, bo nie wiem czy tak szybko uda się dopełnić wszystkich formalności, żeby zdążyć na autobus. Dani też został, bo męczy go wciąż brzuch, a zresztą dobrze jest sobie trochę pobyć w domu w Aru. Mi ten dzień dał okazję po całej zajętej niedzieli, żeby nadrobić zaległości w mailach, praniu, sprzątaniu itp. Mary miała też dużo wolnego, więc mogłyśmy sobie spokojnie porozmawiać. Przed południem poszłam do Maman Aroio: torby wyglądają naprawdę świetnie, a Valentino jest już taki duży! Podobno je mnóstwo, waży już 5 kg! Odwiedziłam też w zakonie siostry, które już wróciły ze swoich dwumiesięcznych wakacji we Włoszech, dobrze było je zobaczyć po tak długim czasie. Ponieważ mieliśmy wolne popołudnie, Dani zaproponował, żebyśmy zrobili pierniczki, żeby mógł ich spróbować przed wyjazdem, bo mówiłam mu, że one muszą „dojrzewać” aż zmiękną przez kilka tygodni.  Tak że mieliśmy mnóstwo pracy, ale we trójkę poszło nam zgrabnie. Zagniatanie ciasta to rzeczywiście ciężka robota, bardzo trudno było uzyskać lśniące i jednolite ciasto, jak było w przepisie, ale w końcu się udało. Wieczorem Enzo zrobił spaghetti i zrelaksowaliśmy się przy filmie znowu z Willem Farrelem, który jest zdecydowanie ulubieńcem Mary. 

niedziela, 3 czerwca 2012

Ozoo


Och, jaką mieliśmy udaną niedzielę! I to na dodatek wcale nie leniwą! Clara zaplanowała spacer na wzgórze Ozoo, oprócz nas poszli Orio, Maurice i Bolingo. Pogoda była idealna, bo niebo pokrywały chmury, ale przez cały czas nie spadła ani kropla deszczu. Dystans nie był też tak duży, jak na Manziriko i nie wróciliśmy tak totalnie wykończeni jak poprzednio. Również wspinanie się na górę było mniej uciążliwe, bo byłą tam ścieżka i nie trzeba się było przedzierać przez chaszcze. Oczywiście widoki były oszałamiające, w ogóle tego nie widać na zdjęciach. W przeciwieństwie do Manziriko, gdzie wszystko było czerwono- pomarańczowe, tutaj krajobraz był bardzo zielony z wyrastającymi raz po raz „domami” termitów, wysokości człowieka czasami. Dani chyba też ma dur, bo źle się czuł przez cały spacer, ale dzielnie dotrwał do końca. Wieczorem co prawda padł jak zabity z wielkim bólem brzucha…My natomiast z Mary przygotowałyśmy pyszną kolację: ziemniaczane kotlety, pesto i omlet z pomidorami i papryką.




sobota, 2 czerwca 2012

Ariwara- tydzień trzeci


Ten tydzień upłynął pod znakiem chorowania:) Po kolei każda z sióstr(dosłownie) byłą chora: zaczęło się od Christiny, która miała grypę, potem Kabagambe miała malarię, Claudine musiała brać kroplówki z chininą, potem wzięło Emerance i Clementine na ból głowy, ale pewnie rozwiną też malarię, a na koniec Suzana zjadła coś niestrawnego i dwa dni leżała w łóżku z bólem brzucha. Ja natomiast we wtorek dziwnie słabo się poczułam, miałam też powtórzyć test na malarię, więc na dodatek poprosiłam o test  na fievre typhoide, który okazał się pozytywny. Mamy tutaj dużo niejasności związanych z tą chorobą: z jednej strony fievre typhoide tłumaczy się w literaturze jako dur brzuszny, przebiegający z gorączką, wysypką na klatce piersiowej, na który na dodatek jestem zaszczepiona- więc to chyba mało prawdopodobne, że go mam. Chodzą też tutaj plotki, że mianem typhoid określa się dur brzuszny, a fievre typhoide to lekka choroba z bólem brzucha. A może jest zupełnie odwrotnie. Szukałam dzisiaj jakiś informacji na ten temat w internecie, ale nie znalazłam żadnych wyjaśniających informacji. Jedno jest pewne: biorę antybiotyk i nie mam żadnych dolegliwości, więc pewnie to działa. Tak że we wtorek i środę nie chodziłam do szpitala.
Ale wracając do początku: w poniedziałek mieliśmy miły, ale krótki poranek, gdyż zdecydowaliśmy się pojechać wcześniej na stację autobusową, żeby znowu nie odjechał nam za wcześnie. Tutaj oczywiście nie ma żadnego rozkładu jazdy i autobus czasem jest o 12, czasem o 11:20, w sumie nikt nie wie kiedy się zjawi… Wykorzystują to lokalni taksówkarze, za każdym razem gdy tam jesteśmy wciskając nam, że autobus już pojechał i że teraz możemy się dostać do Ariwara tylko na motorze. Tym razem również się do nas przyczepił, ale najlepsze było to, że wiedzieliśmy, że autobus jeszcze nie pojechał i Dani mu to powiedział, a on na to, że to prawda, ale musi nas trochę pomęczyć (czyt. skłamać!).Bolingo znowu nas zawiózł na stację, na której ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy Christinę i Suzanę. Przyjechały razem, bo zmarł ktoś z rodziny Christiny i Suzana jej towarzyszyła, a teraz wracała z nami. W Ariwara spotkaliśmy trzy siostry Kathy, Josephine i Janine, które przyjechały na trzydniowe modlitwy do Ducha Św. To było niesamowite: przez trzy dni nie ustawały śpiewy w kościele. Na początku było to nawet całkiem zajmujące, ale już we wtorek po południu miałam dość. W środę wreszcie zapanowała błoga cisza, a siostry wróciły do Aru. Została tylko Josephine, która w czwartek miała operację w tutejszym szpitalu. Wolne popołudnia spędzałam tradycyjnie na sprzątaniu, praniu, skończyłam czytać książkę po angielsku. We wtorek dzwoniliśmy do Vale bo miała 30.urodziny: tak dobrze było ją usłyszeć! W piątek gotowałam razem z Suzaną kolację: rewelacyjne ziemniaki z pomidorami i zupę, trochę było ciężko, bo Suzana jest czasem bardzo chaotyczna. Niby chce, żebym jej pomogła, a potem połowę pracy robi za mnie, pokazując mi jak mam coś zrobić, więc nie wiem czy to dobra pomoc. Ale mimo wszystko fajnie było się trochę pokręcić w kuchni. W szpitalu niezmiennie dobrze, w tym tygodniu żadne dziecko nam nie zmarło, mimo, że mieliśmy ciężkie przypadki anemii. Wszystko było pięknie dopięte na ostatni guzik, bo mieliśmy mniej dzieci i można się było nimi bardziej dokładnie zająć. W sobotę jak zwykle skończyłam wcześniej, bo o 13 byliśmy umówieni z s.Carmelą, że wracamy. Przyjechała tu samochodem, żeby towarzyszyć Josephinie po operacji i w sobotę wracaliśmy razem. Siostry, jakby coś przeczuwając, były bardzo rozczarowane, że nie zostajemy na obiedzie, ale my już chcieliśmy jechać, a tak wyjechalibyśmy z godzinę później, znając tutejsze realia. Po około 30 minutach jazdy zgasł nam samochód i nie mogliśmy go ponownie zapalić: rozładował się nam akumulator. Najpierw więc próbowaliśmy go pchać, ale w końcu przejeżdżał jakiś samochód, zatrzymał się i podładował nam akumulator(dzięki Bogu, że mieliśmy te kable!). Myśleliśmy, że to koniec kłopotów, ale nie: za jakieś kolejne 30 minut z rury wydechowej i spod maski zaczął się wydobywać czarny dym i w końcu samochód znowu się zatrzymał. Tym razem nie było szans na jego ponowne zapalenie. Znowu zatrzymał się jakiś samochód, z mechanikiem w środku, ku naszemu zdziwienie, który zapewnił nas, że spaliliśmy silnik i teraz to tylko holowanie. Na szczęście byliśmy już bliżej Aru niż Ariwara i zadzwoniliśmy po Clarę, żeby po nas przyjechała. Czekaliśmy z jakąś godzinę, a że nie było słońca, ja oczywiście trzęsłam się z zimna:) Holowanie przebiegło bez żadnych problemów, jechaliśmy z prędkością ok 30km/h. Gdy wreszcie dotarliśmy do Aru było koło 17 i jedyne na co miałam ochotę to gorąca herbata. Potem zjawiła się Mary, Enzo, z Danim pochłonęliśmy pozostałości z obiadu, deser składający się z herbatników z masłem orzechowym, przy stole panowała wspaniała atmosfera  radości, że znowu jesteśmy razem. Rodzice Mary przysłali list z nowymi filmami, które z entuzjazmem podziwialiśmy, na mnie czekał list od Babci i Cioci. Wzięłam gorący prysznic(nie wiem czy pisałam, że odkryliśmy z Danim wspaniały wynalazek turystycznych pryszniców; to wielki czarny worek z rurką, do którego można wlać ciepłą wodę i zrobić prawdziwy ciepły prysznic!) i przyszli nasi znajomi, bo Bolingo miał pierwsze w drugiej kadencji przemówienie prezydenckie. Potem z Mary relaksowałyśmy się z książką na naszych sofach, podczas gdy chłopaki przygotowywali na kolację risotto. Potem zrobiliśmy sobie seans filmowy „Zoolandera”, kultowego jak się okazuje filmu, którego tylko ja nie widziałam.